Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piniu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piniu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 marca 2009

Nadgorliwość gorsza od faszyzmu!

Lux Invest - Tranzax 7:4
bramki: Piłat 2, Piniu, Drechu

No cóż, zacznijmy od tego, że gdybyśmy zdobyli o 2 albo nawet 5 pkt mniej w sezonie zasadniczym to byśmy się utrzymali, ponieważ przeciwnik Maxa się nie stawił. Ale tak jak nas pech prześladował od początku, tak nie odpuścił w ostatnich minutach 1-ligowego bytu. Należy potwierdzić fakt, iż spadliśmy do 2 ligi. Nieodzownie wiążę się to także z końcem występów pod szyldem "Tranzax Łożyska". Tak więc po K-Paxie, Gomarze Pińczów, Budstolu zakończył się kolejny etap naszym zmagań ligowych. Siłą rzeczy przejdziemy przebudowę niczym Barcelona (oby z takim samym skutkiem ;p) i zostaną osoby, które chcą grać. Kapitan-elekt Piniu zapowiedział już nadejście rządów silnej ręki. I dobrze, jak ktoś da na drużynę 100 zł to przynajmniej będzie miał motywację, aby jeździć na mecze. A jak nawet to mu nie pomoże to przynajmniej budżet klubu będzie większy :)

Podsumowując miniony już sezon, o to strzelcy naszej drużyny:
Hejmo - 15
Piłat - 7
Mateusz - 7
Drechu - 6
Łukasz - 4
Piniu - 2
Artur - 2
Radek - 2
niewiele, ale to już wszystko.

Jeśli chodzi o bramkarzy to średnia wpuszczonych bramek na mecz:
Adam - 5,36 w 14 meczach
Włodziu - 4,00 w 2 meczach
porównując ze średnią strzelonych 2,81 gola/mecz to za dużo :D

Optymistycznym zakończeniem sezonu proponuję zapić i zapomnieć o nim jak najszybciej. W weekend zaczynamy przygotowania do sezonu letniego meczem sparingowym, na który zjawi się trochę świeżej krwi. A jeśli chodzi o salę to do zobaczenia w 2 lidze, pod warunkiem, że drużyna nie rozpadnie się po sezonie letnim.

niedziela, 18 stycznia 2009

odbijamy!

TBS - Tranzax 2:3
bramki: Drechu, Łukasz, Mateusz

Do meczu z 4 drużyną w tabeli przystępowaliśmy pod presją zakręcenia kurka z pieniędzmi. Nasz sponsor stwierdził, że taniej by mu wyszło gdybyśmy wisieli na billboardzie przy ul. Fordońskiej. 'Co to, to nie!' - pomyśleliśmy, a przynajmniej nie w starych, przepoconych strojach Ziny. Tak więc, po raz drugi, wodzeni nowiutkim pomarańczowo-grafitowym kompletem Adidasa made in China postanowiliśmy sprawić spóźniony świąteczny prezent Prezesowi. Wsparci Tomaszem G. ps. 'Szwagier', który odbył karencję i mógł już powrócić z mongolskiej niewoli, gdzie zesłał go Drechu za błędy młodości, osiągnęliśmy cel :) Niesamowitym instynktem popisał się Piniu, który dokładnie wytypował wynik meczu, grając na nosie 88% internautów BLPN.
Tak więc podsumowując, daliśmy radę 4 drużynie w tabeli. Pokazaliśmy, że potrafimy wygrywać
jak się nas odpowiednio motywuje, a także że można wyjść z każdego kryzysu (teraz kolej na WIG 20). Pełni nadziei czekamy na kolejną niedzielę i nowe stroje ;)

niedziela, 7 grudnia 2008

„Mogłeś być już na dnie...”

Collegium Medicum - Tranzax 10:4
bramki: Hejmo, Piniu, Radek, Artur

...po ostatnim meczu, a jesteś dopiero teraz! Po ostatnim meczu każdy czuł, że gorzej już być nie może i z tą nadzieją szykował się do kolejnej batalii. Bez kontuzjowanego Drecha, pauzującego za kartki – Mateusza, i bez pauzujących za formę Włodzia i Dogona przegraliśmy kolejny mecz z rzędu (passa trwa). Początek meczu był obiecujący, do czasu pierwszej kontry w wykonaniu medyków (1:0). Później z górki to nie było, ale do przerwy 3:1 więc nie tak źle. W drugiej połowie nie nawiązaliśmy wyrównanej walki. Zawodnicy CM naszprycowani Maxx’em energy drinkiem polecanym przez Czesia hydraulika wykorzystywali kolejne nasze błędy. Na pochwałę zasługuje nasz bramkarz, który wpuścił jedynie 10 bramek. Mógł więcej! ale zapłacili mu tylko za 10 :D Jednak życie jest okrutne. Kiedy myśleliśmy że jesteśmy już na dnie i zaraz się od niego odbijemy (bo najłatwiej to od dna) okazało się, że jest ono muliste i wpadliśmy teraz po kolana (głową w dół!). Rywale nie okazali litości, w drugiej części meczu wycofali bramkarza i założyli nam „białe miasteczko” na naszej połowie. Dobrze że nie mieli butelek z monetami, bo na 2 dzień dopiero by głowa bolała, a tak to będzie tylko standardowy kac po przegranej. Z meczu oprócz wyniku, pamiętam jeszcze nowe kolorowe buty Radka, które to dostał na rocznicę pożycia pozamałżeńskiego, oraz przepiękny gol Artura (on to potrafi ;)). Mam tylko nadzieję, że nie dostanę od Drecha smsa o 10:04 albo 4:10. Lecz kontuzję i razem z nami spijaj gorycz porażki :D

wtorek, 5 lutego 2008

Siostro skalpel

Collegium Medicum - Tranzax Łożyska 4:1 (o:o)

Sylwester Kleczka 2, Rafał Różalski, Michał Ziołkowski - Łukasz Pinkowski
kartki: Michał Hejmej, Artur Włodarczyk, Mateusz Flejter (żk)

Zimowe słońce odbijało się od desek parkietu, oślepiając sunących po powierzchnii ludzi. Ci, którym było zezwolone dotykać piłkę rękoma mieli najgorzej. Oni byli ostatnią ostoją, ostanią przeszkodą dla piłki, dla straconej bramki. Zawsze czuli wielkość swojej misji, a jasne promienie sprawiały, że była ona jeszcze bardziej wyjątkowa. Spotkanie odbyło się w złym czasie. Włodziu był jeszcze przed sławnym treningiem kondycyjnym w lesie, nadgorliwy Drehu przyniósł wodę nie tylko w butelce, ale też w obu kolanach, a Szwagier nabawił się szwów w meczu policjanci kontra księża, kiedy w jednej z akcji obronnej został zaatakowany krucyfiksem przez spowiednika w czarnej sułtannie.

Losowanie było dla nas szczęśliwe, jako że słońce świeciło na całej długości, kapitan zdecydował, że pierwszą połowę będziemy grać z wiatrem. Nie miało to większego znaczenia, gdyż znajdowaliśmy się w pomieszczeniu zamkniętym, ale zawsze to motywacja dla nas i dyskomfort dla przeciwników. Zaczęło się bardzo spokojnie i uważnie. To Medycy nadawali tempo temu spotkaniu. Potomkowie Eskulapa zaskakiwali nas co rusz swoimi zdolnościami manualnymi nogi. Mieli kilka sytuacji, ale to nasze były bardziej konkretne. Po ładnej akcji Hejmo trafił w poprzeczkę, jednak to jeszcze nie koniec, do obitej piłki podbiegł Piłat i trafił w bramkarza. Mieliśmy trochę pecha, przeciwnicy często nie mogąc wyjść z pola karnego, podawali sobie piłkę, a my nie mogliśmy jej przejąć. Szybko załapaliśmy pięć fauli i trzeba było grać ostrożniej. W pewnym momencie, niezadowolony z decyzji Mateusz machnął ręką. Sędzia uznał, że to godzi we wszystko, co dotychczas robił w życiu i pokazał żółtą kartę. W pewnych dzikich, afrykańskich plemionach ruch ręką, wykonany przez zniechęconego człowieka jest wielką obrazą. Z racji swojego koloru skóry, sędzia chyba nie pochodzi z tych kręgów, ale zadziałało to na niego jak płachta na samicę byka. Druga połowa, podobnie jak pierwsza, rozpoczęła się spokojnie. To nie my byliśmy faworytami i dobrze o tym wiedzieliśmy. Zaraz na początku Włodziu znalazł się sam na sam z bramkarzem, strzelił jednak w środek. Gdyby był to Włodziu po aktywnym treningu w lesie, połączonym ze zbieraniem prawdziwków oraz kopaniem muchomorów, cieszylibyśmy się z prowadzenia. Chwilę potem mieliśmy kontrę, ale jak to bywa z kontrami, zmieniła się w kontrkontrę. Przeciwnicy sunęli na naszą bramkę. Po kilku podaniach przeciwnik widział już tylko Adama odgradzającego go od bramki. Mocnym strzałem umieścił piłkę pod pachą naszego bramkarza, a potem już między słupkami. W powietrzu unosił się fetor spalonych włosów - przegrywaliśmy. Chwilę potem przegrywaliśmy już podwójnie. Przeciwnicy nabrali wiatru w skrzydła. Służba Zdrowia przeżywała swój renesans. Bramkarz - młodszy chirurg pierwszej klasy, to wyłapywał, to odbijał piłki z ogromną precyzją, żadna nie chciała się przecisnąć. Tęgi obrońca - przełożona pielęgniarek, skutecznie opiekował się i dyrygował swoimi obrońcami. Do tego niewysoki napastnik - człowiek o bardzo prostych palcach, można wnioskować, że przyszły ginekolog. To oni nieśli swoją drużynę. Złote pokolenie, sól w oku tej ziemi! Właśnie ten prostopalczasty zawodnik dobił nas strzelając dwa gole. Było 4:0. W samej końcówce Piniu zdobył honorowego gola. Wystarczająco, aby ocalić honor, za mało by zatrzeć złe wrażenie.

Byliśmy na ósmym miejscu i myśleliśmy, że świat należy do nas. Ogródek witał nas swoimi bramami, gąska wyciągała łapkę do powitania. Jednak nastąpiła mała korekta naszej formy i możliwości. Niewiele się dziś udawało, a to, co wychodziło nie wyglądało zbyt składnie, a nawet ładnie. Medycy przeprowadzili na nas skuteczną sekcję zwłok i nic nie mogliśmy zrobić.

poniedziałek, 28 stycznia 2008

W sobotę to zawsze wygrywamy!

TRANZAX Łożyska - VfB Wilczak 5:4 (3:3)

Wojciech Piłat 2, Michał Hejmej, Tomek Grzelak, Radek
kartki: Łukasz Pinkowski (żk)


W związku z wcześniej mniej udanymi meczami, a szczególnie z blamażem w spotkaniu z ostatnim zespołem ligi gramy o jak najlepsze miejsce. Motywacji nie brakuje, o czym chociażby świadczy, że na dzisiejszy mecz przyszło, o zgrozo, trzynastu zawodników. Istna zróżnicowana paleta charakterów. Drehu - żelazne płuca drużyny, najwięcej minut na parkiecie w sezonie, Tomek - jego Szwagier, nieco nadpalone przez tytoń płuca, ale serce zdrowe i zdolne do walki, Piłat - prosto z Egiptu, gdzie nie udało mu się obronić tytułu Dwukrotnego Byłego Indywidualnego Mistrza Świata w Walcu Angielskim, ale za to ukrył przed czujnym okiem celników jajo wielbłądzie, z którego ma się wykluć europejska odmiana - wielbłąd bezgarbny, Dogon - jedyny pochodzący z Polski szaman voo-doo posiadający zdolność wróżenia z ruchów precesyjnych nóg. Można by tak wymieniać, ale logiczne ramy wstępu zostałyby zaburzone.

Piłkę do gry wprowadzili przeciwnicy. Nasza koncentracja, szczególnie w grze obronnej nie była zbyt wielka, Wilczak też grał futbol, który mógł zachwycić co najwyżej jednoroczne dziecko. Mimo tego, to oni po wzorcowo wyprowadzonej kontrze zdobyli prowadzenie. Jednak już w następnej akcji po rozpoczęciu, Piłat wykonując pół-piruet prawą nogą strzelił gola. Udowodnił tym samym, iż na czempionacie w Egipcie sędziowie niesłusznie obniżyli mu noty za tą właśnie figurę. Kilka minut później cieszyliśmy się z prowadzenia. Tym razem to my mieliśmy kontrę. Hejmo zagrał do Pinia, Piniu odegrał mu, obnażając przy okazji dziurę między nogami obrońcy, a Hejmo dopełnił formalności, podpisując formularz strzelenia gola na 2:1. Następny gol padł mniej więcej tak: Artur, Piłat, Artur, Piłat, słupek, siatka, yeah, gwizdek, bramka, szaleństwo. Fiesta na boisku trwała. Walka na całego była widoczna gołym okiem, Piniu zarobił po raz kolejny żółtą kartkę. Gdy tak kontrolowaliśmy przebieg meczu (a raczej tak myśleliśmy), znowu nastąpiła kontra Wilczków, zakończona sukcesem oczywiście. Wyrównująca bramka dla przeciwników padła mniej więcej tak: Adam, Piniu, Drehu, Piniu, Drehu, Piniu, Drehu, przejęcie, gol, o w mordesku!, zdenerwowanie, rozpacz. Tak to właśnie zakończyła się pierwsza połowa. W drugiej mecz zaczął się jak gdyby od początku. Graliśmy uważnie, rozważnie i poważnie. W końcu musiało to zaprocentować. Akcję, w której każdy dotknął piłki wykończył Tomek i tym sposobem znowu prowadziliśmy. Przeciwnicy nadal grali swoje, może poza bramkarzem, który poczuł się jak zawodnik z pola i nierzadko opuszczał swój dwusłupkowy posterunek w poszukiwaniu dobrej akcji, uwieńczonej golem. Pech chciał, że w czasie jednej z takich eskapad obrońca popełnił błąd i Radek mocnym strzałem po ziemi podwyższył nasze prowadzenie. Końcówka meczu to już istny obłęd. Nasza uważna gra, stała się mniej rozważna, z kolei nasza poważna gra stała się mniej uważna. Trzeba jeszcze dodać, że przeciwnicy cisnęli jak dojrzewający chłopiec ciśnie pryszcza. Trochę czekaliśmy na efekty, ale w ostatniej minucie straciliśmy gola. Jako, że pozostało niewiele czasu do końca meczu, dowieźliśmy jednobramkową przewagę do końca.

Kolejny zacięty i wygrany mecz pozwolił przesunąć nam się na ósme miejsce w tabeli, tak wysoko jeszcze nie byliśmy. Adam powyciągał sobie trochę piłek z siatki, ale poza nie miał za wiele roboty, gdyż przeciwnicy grali niezwykle skutecznie. Wygraliśmy, pozostaje nam dalej walczyć o jak najlepsze miejsce i zbierać doświadczenie na następną zimę na Polonii.

wtorek, 22 stycznia 2008

Pewne zwycięstwo

Teleplan/Red Devils - Tranzax Łożyska 3:6 (1:2)

Adam Zieliński 2, Tomasz Sopoński - Mateusz Flejter 2, Paweł Dereszyński, Łukasz Pinkowski, Łukasz Włodarczyk, Radek Szepietowski

Obawialiśmy się trochę tego meczu, po ostatnim spotkaniu wiedzieliśmy, że stać nas na wszystko. Tylko co będzie dzisiejszym udziałem? Przepiękne zwycięstwo czy kolejny blamaż? Byliśmy faworytami i nie zawiedliśmy amatorów hazardu. Już po kilku pierwszych minutach nikt nie dopuszczał do siebie myśli, że możemy nie wygrać. Przeciwnicy byli lepsi niż ostatnia drużyna ligi, ale w pełni zasługiwali na miano drugiej najgorszej ekipy. Gdy Piłat w Egipcie odstawiał tańce, broniąc zdobytego tytułu, my spokojnie rozbiliśmy Teleplan 6:3. To był udany mecz, który pozwolił nam uwierzyć w siebie na nowo.

poniedziałek, 31 grudnia 2007

Remis pod choinkę

Wisła Kraków - Tranzax Łożyska 1:1 (o:1)
Remigiusz Zbiranek - Wojciech Piłat

To był ostatni mecz ostatniej kolejki przed ostatnimi Świętami w roku pańskim 2oo7. Niektórzy myślami byli już przy barszczu, pakowaniu prezentów i owijaniu ich aksamitną wstążką. Mikołaj dopinał właśnie z trudnością ostatni guzik swojego płaszcza, a my czekaliśmy na spotkanie rozgrzewając się. Dogon po raz kolejny nie podjął się wróżb z kończyn, chcieliśmy tylko zagrać dobry mecz. Tym razem na przekór losowi, wybraliśmy mniej ulubioną połowę i poczęliśmy umieszczać piłkę między słupkami, zatrudniając tym samym Adama. Jako, że było małe opóźnienie sielanka nie trwała długo. Sędzia zalotnie gwizdnął za zawodników i wszyscy wrócili na ziemię.

Nasza gra była tak samo dobra jak w poprzednim spotkaniu. Niedokładne podania były tak rzadkie jak konsystencja kaszek Gerbera, zachowywaliśmy umiar i wstrzemięźliwość. Spokojna gra z tyłu emanowała falowo na przody, no i bokiem trochę na ławkę rezerwowych. Przeciwnicy atakowali, my nie pozostawaliśmy dłużni. Po jednej z akcji zawodnik Wisły znalazł się sam na sam z bramkarzem. Adam wyleciał wściekle ze swoimi pięściami oraz stopami smoka i po chwili skopana już trochę piłka znalazła ukojenie w jego, nie pierwszej świeżości, rękawicach. W tym samym momencie do przodu zaczął biec nasz Dwukrotny Były Indywidualny Mistrz Świata w Walcu Angielskim - czyli Piłat. Adam tylko rzucił okiem w jego stronę, a następnie piłką. Ta poleciała i dopadła celu, Piłat miał przed sobą tylko bramkarza, nie czuł nawet oddechu obrońcy na plecach, chociaż też się starał sapiąc niemiłosiernie. Golkiper przeciwników wybiegł i wszyscy zobaczyli, że Piłat ma całą prawą stronę bramki wolną do strzału. Ten jednak strzelił w środek, piłka kulnęła się jeszcze po nodze bramkarza i wpadła do bramki. W tym momencie wszyscy podnieśli krzyk radości, rezerwowi podskoczyli jakby przez ławkę puszczono prąd o niewielkim woltydżu. W pierwszej połowie działo się jeszcze mnóstwo interesujących rzeczy, ale wynik się nie zmienił. W drugiej części kontynuowaliśmy dzieło zniszczenia przeciwników, a jednak nic nie wpadało. Mieliśmy też trochę szczęścia, ale ono ponoć sprzyja lepszym. Gdy tak sobie graliśmy i do końca pozostało już minut niewiele, przeciwnicy zaczęli napierać całym zespołem. To stworzyło okazje do kontr. W jednej z takich akcji Drehu wybiegł kapitalnie na czystą pozycję, otrzymał piłkę i pozostał przed nim tylko bramkarz. Wszyscy pełni nadziei czekali, co zrobi kapitan. Tenże intensywnie myślał, widać nawet było jak trybiki poruszają się w jego głowie. "Co ten pokręcony dzieciak zrobi?" - myślała garstka kibiców. Drehu postanowił zagrać jak nie Drehu - spróbował kiwnąć bramkarza. Niestety bramkarz był długi wystarczająco i giętki również - także akcja zakończyła się jękiem zawodu. Na jakieś kilka minut przed końcem, przeciwnicy mieli rzut wolny, Adam ustawił mur i stanął przykładnie obok niego. Zawodnik Wisły wykonał rzut wolny perfekcyjnie, podał do swojego compadre, stojącego samotnie 23 centymetry od bramki. Ten nie miał zbytniego wyboru, jak umieścić piłkę w siatce. Obok stał bezradnie Drehu - to był jego zawodnik! Zdruzgotany kapitan zszedł na ławkę i ukrył twarz w rękach, a potem jeszcze nałożył na to wszystko swój szczęśliwy ręcznik. To był jego osobisty dramat. Nie czekając aż się otrząśnie - mecz toczył się dalej. No i tak dotoczył się do końca.

Żeby wygrać trzeba strzelić co najmniej o jedną więcej bramek niż przeciwnicy. Przez długo tak było, ale skończyło się na golu pod choinkę i remisie. Miało być dzielenie się opłatkiem w szatni, śpiewanie kolęd, przemowy zwierząt, a skończyło się tylko na standardowym przebieraniu. Jednakże wielkie zadowolenie biło od Pana sponsora, który oglądał mecz na żywo. Zobaczymy co następny rok przyniesie.

poniedziałek, 12 listopada 2007

Pierwsze punkty

TRANZAX Łożyska - Hel-Wita 1:1 (1:1)
bramki: Michał Hejmej - Paweł Ratajczak
kartki: Łukasz Pinkowski

W dzisiejszym meczu zdobyliśmy pierwsze punkty w nowej lidze - a właściwie należy stwierdzić, iż zdobyliśmy jeden punkt tylko, gdyż mieliśmy ogromną przewagę, ale bramkarz przeciwników bronił natchniony diabelską mocą.

Przed meczem nasz drużynowy wieszcz Dogon jak zwykle miał złe przeczucia. Wróżby z nóg, które u Dogona były wyjątkowo miękkie, nie zapowiadały nic dobrego. Gdyby nie nowe koszulki, morale byłoby bardzo niskie. Rozpoczęliśmy rozgrzewkę, niby nowa hala, nowa liga, nowe koszulki, ale napierdzielanka i ostre sprawdzanie Adama to samo. Gdy tak strzelaliśmy, w pewnym momencie Hejmo pokonał bramkarza z najbliższej odległości piętką. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że to będzie nasze przekleństwo...

Rozpoczęliśmy skoncentrowani. Już w jednej z pierwszych akcji Piniu uderzył bardzo mocno na bramkę. Gdy tak piłka leciała i już wyobrażała sobie, że mija słupek o dobre trzy metry i uderza z łoskotem w ścianę, czujny Hejmo zmienił jej tor lotu i wpakował do bramki. Zapanowało szaleństwo, zawodnicy ucieszyli się niesamowicie z prowadzenia, piłka kręciła się w siatce z radości, Dogon twardo stanął na ziemi i stwierdził, że już jego nogi nie są miękkie. Od tej pory gra była zacięta i nikt się nie oszczędzał. Przeciwnicy atakowali, my broniliśmy, my kontrowaliśmy, przeciwnicy wychodzili obronną ręką. W pewnym momencie po zamieszaniu, gdzie 3 naszych zawodników stało przy bramce, piłkę do siatki wpakowali przeciwnicy. Zawodnik Hel-Wity strzelił piętką z 2 metrów, podobnie jak Hejmo przed meczem. W tym momencie wszyscy uwierzyli, że z pozoru nieskładne napierdzielanie na bramkę na rozgrzewce nie było bezcelowe. "To ma sens" - myśl jak iskra przeskakiwała z głowy do głowy. Pełni zadumy i szacunku poczęliśmy atakować. Co rusz nękaliśmy bramkarza, ale tenże wszystko bronił, jak nie nogą to ręką, jak nie ręką to twarzą. Podczas pierwszej połowy warto jeszcze odnotować statystyczny fakt, iż Drehu zszedł na minutę na ławkę - jakże to było odmienne od tego, co zaprezentował w poprzednim spotkaniu. W drugiej połowie obraz gry się nie zmienił - cios za oko, ząb za krew, podanie za strzał, strzał za interwencję - wymiana iście tenisowa. Bramkarze bronili jak w transie, szczególnie bramkarz przeciwników sprawiał wrażenie jakby przed meczem skorzystał z usług Harry'ego Hipnotyzera, który zaprogramował go na bronienie sytuacji niemożliwych. Nawet taktyczny atak Łukasza na żebra golkipera nie ostudził jego zapału. Na 3 minuty przed końcem po rzucie rożnym Karol posłał piłkę przy słupku. Mimo iż piłka była kąśliwa i leciała do bramki niczym jesiotr do siatki rybackiej, bramkarz zachował się jak szalony wegetarianin, który uchronił rybkę przed pewną śmiercią w ostatniej chwili. Remis utrzymywał się nadal. Aż pod koniec meczu, w okropnych bólach, urodziła się akcja marzenie - Piłat dostał piłkę, przed nim był jeden obrońca, a po bokach gotowych do podania było dwóch naszych zawodników. Świat na chwilę zwolnił, ziemia zaczęła się obracać wolniej, wszyscy wstrzymali oddech, oczyma wyobraźni swojej widzieli gola. Piłat niczym wytrawny snajper postanowił wykończyć akcję sam. Ból, zawód, jęki, smutek, żal, grupa młodych pancerników z zażenowaniem opuściła trybuny. Koniec meczu - 1:1.

Mecz był bardzo zacięty, charakteryzował się walką o każdą klepkę parkietu. Skończyło się remisem, a mogło być lepiej. Pokazaliśmy charakter. Trzeba odnotować, iż Hejmo drugi raz w oficjalnym meczu naszej drużyny, sugerował zawodnikowi naszej drużyny, że "ma związane jaja". Z różowymi okularami mocy półtorej dioptri patrzymy w przyszłość.