poniedziałek, 28 stycznia 2008

W sobotę to zawsze wygrywamy!

TRANZAX Łożyska - VfB Wilczak 5:4 (3:3)

Wojciech Piłat 2, Michał Hejmej, Tomek Grzelak, Radek
kartki: Łukasz Pinkowski (żk)


W związku z wcześniej mniej udanymi meczami, a szczególnie z blamażem w spotkaniu z ostatnim zespołem ligi gramy o jak najlepsze miejsce. Motywacji nie brakuje, o czym chociażby świadczy, że na dzisiejszy mecz przyszło, o zgrozo, trzynastu zawodników. Istna zróżnicowana paleta charakterów. Drehu - żelazne płuca drużyny, najwięcej minut na parkiecie w sezonie, Tomek - jego Szwagier, nieco nadpalone przez tytoń płuca, ale serce zdrowe i zdolne do walki, Piłat - prosto z Egiptu, gdzie nie udało mu się obronić tytułu Dwukrotnego Byłego Indywidualnego Mistrza Świata w Walcu Angielskim, ale za to ukrył przed czujnym okiem celników jajo wielbłądzie, z którego ma się wykluć europejska odmiana - wielbłąd bezgarbny, Dogon - jedyny pochodzący z Polski szaman voo-doo posiadający zdolność wróżenia z ruchów precesyjnych nóg. Można by tak wymieniać, ale logiczne ramy wstępu zostałyby zaburzone.

Piłkę do gry wprowadzili przeciwnicy. Nasza koncentracja, szczególnie w grze obronnej nie była zbyt wielka, Wilczak też grał futbol, który mógł zachwycić co najwyżej jednoroczne dziecko. Mimo tego, to oni po wzorcowo wyprowadzonej kontrze zdobyli prowadzenie. Jednak już w następnej akcji po rozpoczęciu, Piłat wykonując pół-piruet prawą nogą strzelił gola. Udowodnił tym samym, iż na czempionacie w Egipcie sędziowie niesłusznie obniżyli mu noty za tą właśnie figurę. Kilka minut później cieszyliśmy się z prowadzenia. Tym razem to my mieliśmy kontrę. Hejmo zagrał do Pinia, Piniu odegrał mu, obnażając przy okazji dziurę między nogami obrońcy, a Hejmo dopełnił formalności, podpisując formularz strzelenia gola na 2:1. Następny gol padł mniej więcej tak: Artur, Piłat, Artur, Piłat, słupek, siatka, yeah, gwizdek, bramka, szaleństwo. Fiesta na boisku trwała. Walka na całego była widoczna gołym okiem, Piniu zarobił po raz kolejny żółtą kartkę. Gdy tak kontrolowaliśmy przebieg meczu (a raczej tak myśleliśmy), znowu nastąpiła kontra Wilczków, zakończona sukcesem oczywiście. Wyrównująca bramka dla przeciwników padła mniej więcej tak: Adam, Piniu, Drehu, Piniu, Drehu, Piniu, Drehu, przejęcie, gol, o w mordesku!, zdenerwowanie, rozpacz. Tak to właśnie zakończyła się pierwsza połowa. W drugiej mecz zaczął się jak gdyby od początku. Graliśmy uważnie, rozważnie i poważnie. W końcu musiało to zaprocentować. Akcję, w której każdy dotknął piłki wykończył Tomek i tym sposobem znowu prowadziliśmy. Przeciwnicy nadal grali swoje, może poza bramkarzem, który poczuł się jak zawodnik z pola i nierzadko opuszczał swój dwusłupkowy posterunek w poszukiwaniu dobrej akcji, uwieńczonej golem. Pech chciał, że w czasie jednej z takich eskapad obrońca popełnił błąd i Radek mocnym strzałem po ziemi podwyższył nasze prowadzenie. Końcówka meczu to już istny obłęd. Nasza uważna gra, stała się mniej rozważna, z kolei nasza poważna gra stała się mniej uważna. Trzeba jeszcze dodać, że przeciwnicy cisnęli jak dojrzewający chłopiec ciśnie pryszcza. Trochę czekaliśmy na efekty, ale w ostatniej minucie straciliśmy gola. Jako, że pozostało niewiele czasu do końca meczu, dowieźliśmy jednobramkową przewagę do końca.

Kolejny zacięty i wygrany mecz pozwolił przesunąć nam się na ósme miejsce w tabeli, tak wysoko jeszcze nie byliśmy. Adam powyciągał sobie trochę piłek z siatki, ale poza nie miał za wiele roboty, gdyż przeciwnicy grali niezwykle skutecznie. Wygraliśmy, pozostaje nam dalej walczyć o jak najlepsze miejsce i zbierać doświadczenie na następną zimę na Polonii.

wtorek, 22 stycznia 2008

Pewne zwycięstwo

Teleplan/Red Devils - Tranzax Łożyska 3:6 (1:2)

Adam Zieliński 2, Tomasz Sopoński - Mateusz Flejter 2, Paweł Dereszyński, Łukasz Pinkowski, Łukasz Włodarczyk, Radek Szepietowski

Obawialiśmy się trochę tego meczu, po ostatnim spotkaniu wiedzieliśmy, że stać nas na wszystko. Tylko co będzie dzisiejszym udziałem? Przepiękne zwycięstwo czy kolejny blamaż? Byliśmy faworytami i nie zawiedliśmy amatorów hazardu. Już po kilku pierwszych minutach nikt nie dopuszczał do siebie myśli, że możemy nie wygrać. Przeciwnicy byli lepsi niż ostatnia drużyna ligi, ale w pełni zasługiwali na miano drugiej najgorszej ekipy. Gdy Piłat w Egipcie odstawiał tańce, broniąc zdobytego tytułu, my spokojnie rozbiliśmy Teleplan 6:3. To był udany mecz, który pozwolił nam uwierzyć w siebie na nowo.

środa, 16 stycznia 2008

Co to był za mecz?

Tranzax Łożyska - Bad Boys 5:6 (2:4)

Wojciech Piłat 2, Michał Hejmej, Paweł Dereszyński, Mateusz Flejter - Andrzej Dzik 3, Łukasz Gaweł, Daniel Skonieczny, Paweł Dereszyński (samobójcza)

Życie jest mieszanką dobrych i złych chwil, więc tak się stało, że po dobrym meczu przyszedł blamaż. Dzięki naszej słabej, nierozumnej grzej przeciwnicy zdobyli pierwsze punkty w lidze. Okazaliśmy miłosierdzie i miejmy nadzieję, że Bad Boys odblokują się i ich marsz w górę dopiero się zacznie. Nie zagrało nic, graliśmy chaotyczny futbol, bez wigoru, chcieliśmy tylko przebiec ten mecz i skończyło się tłustą plamą na honorze. Aby nie zaginęło w naszej pamięci, warto odnotować, że Drehu strzelił przedniej urody bramkę samozabójczą. Życie toczy się dalej, a my będziemy dalej grać - tylko nie tak jak dzisiaj!

wtorek, 8 stycznia 2008

O słodka wiktorio!

Remondis - TRANZAX Łożyska 1:4 (1:1)

Paweł Gozimirski - Mateusz Flejter 2, Radek Szepietowski, Łukasz Włodarczyk
kartki: Paweł Hodur (żk) - Paweł Dereszyński (żk), Radek Szepietowski (żk, czk)

Przed spotkaniem skazywano nas na porażkę, ankietowani nie dawali nam żadnych szans, graliśmy bez dwóch podstawowych zawodników. Piniu pauzował za skrzętnie zbierane żółte kartki, postawił nawet grube pieniądze na naszą porażkę. Na szczęście przeliczył się i stracił dość sporą kwotę. Ojciec Hejmo, gdzieś daleko w wiejskim kościółku stawał się Ojcem Chrzestnym Hejmo. Jednakże nie poddaliśmy się, nasze nowe nabytki strzeliły 3 ważne gole i zwyciężyliśmy z wyżej notowanym rywalem. Okazało się, co znaczy dobrze rozwinięta struktura klubu, a przede wszystkim sieć wysoko opłacanych i docenianych skautów.

poniedziałek, 31 grudnia 2007

Remis pod choinkę

Wisła Kraków - Tranzax Łożyska 1:1 (o:1)
Remigiusz Zbiranek - Wojciech Piłat

To był ostatni mecz ostatniej kolejki przed ostatnimi Świętami w roku pańskim 2oo7. Niektórzy myślami byli już przy barszczu, pakowaniu prezentów i owijaniu ich aksamitną wstążką. Mikołaj dopinał właśnie z trudnością ostatni guzik swojego płaszcza, a my czekaliśmy na spotkanie rozgrzewając się. Dogon po raz kolejny nie podjął się wróżb z kończyn, chcieliśmy tylko zagrać dobry mecz. Tym razem na przekór losowi, wybraliśmy mniej ulubioną połowę i poczęliśmy umieszczać piłkę między słupkami, zatrudniając tym samym Adama. Jako, że było małe opóźnienie sielanka nie trwała długo. Sędzia zalotnie gwizdnął za zawodników i wszyscy wrócili na ziemię.

Nasza gra była tak samo dobra jak w poprzednim spotkaniu. Niedokładne podania były tak rzadkie jak konsystencja kaszek Gerbera, zachowywaliśmy umiar i wstrzemięźliwość. Spokojna gra z tyłu emanowała falowo na przody, no i bokiem trochę na ławkę rezerwowych. Przeciwnicy atakowali, my nie pozostawaliśmy dłużni. Po jednej z akcji zawodnik Wisły znalazł się sam na sam z bramkarzem. Adam wyleciał wściekle ze swoimi pięściami oraz stopami smoka i po chwili skopana już trochę piłka znalazła ukojenie w jego, nie pierwszej świeżości, rękawicach. W tym samym momencie do przodu zaczął biec nasz Dwukrotny Były Indywidualny Mistrz Świata w Walcu Angielskim - czyli Piłat. Adam tylko rzucił okiem w jego stronę, a następnie piłką. Ta poleciała i dopadła celu, Piłat miał przed sobą tylko bramkarza, nie czuł nawet oddechu obrońcy na plecach, chociaż też się starał sapiąc niemiłosiernie. Golkiper przeciwników wybiegł i wszyscy zobaczyli, że Piłat ma całą prawą stronę bramki wolną do strzału. Ten jednak strzelił w środek, piłka kulnęła się jeszcze po nodze bramkarza i wpadła do bramki. W tym momencie wszyscy podnieśli krzyk radości, rezerwowi podskoczyli jakby przez ławkę puszczono prąd o niewielkim woltydżu. W pierwszej połowie działo się jeszcze mnóstwo interesujących rzeczy, ale wynik się nie zmienił. W drugiej części kontynuowaliśmy dzieło zniszczenia przeciwników, a jednak nic nie wpadało. Mieliśmy też trochę szczęścia, ale ono ponoć sprzyja lepszym. Gdy tak sobie graliśmy i do końca pozostało już minut niewiele, przeciwnicy zaczęli napierać całym zespołem. To stworzyło okazje do kontr. W jednej z takich akcji Drehu wybiegł kapitalnie na czystą pozycję, otrzymał piłkę i pozostał przed nim tylko bramkarz. Wszyscy pełni nadziei czekali, co zrobi kapitan. Tenże intensywnie myślał, widać nawet było jak trybiki poruszają się w jego głowie. "Co ten pokręcony dzieciak zrobi?" - myślała garstka kibiców. Drehu postanowił zagrać jak nie Drehu - spróbował kiwnąć bramkarza. Niestety bramkarz był długi wystarczająco i giętki również - także akcja zakończyła się jękiem zawodu. Na jakieś kilka minut przed końcem, przeciwnicy mieli rzut wolny, Adam ustawił mur i stanął przykładnie obok niego. Zawodnik Wisły wykonał rzut wolny perfekcyjnie, podał do swojego compadre, stojącego samotnie 23 centymetry od bramki. Ten nie miał zbytniego wyboru, jak umieścić piłkę w siatce. Obok stał bezradnie Drehu - to był jego zawodnik! Zdruzgotany kapitan zszedł na ławkę i ukrył twarz w rękach, a potem jeszcze nałożył na to wszystko swój szczęśliwy ręcznik. To był jego osobisty dramat. Nie czekając aż się otrząśnie - mecz toczył się dalej. No i tak dotoczył się do końca.

Żeby wygrać trzeba strzelić co najmniej o jedną więcej bramek niż przeciwnicy. Przez długo tak było, ale skończyło się na golu pod choinkę i remisie. Miało być dzielenie się opłatkiem w szatni, śpiewanie kolęd, przemowy zwierząt, a skończyło się tylko na standardowym przebieraniu. Jednakże wielkie zadowolenie biło od Pana sponsora, który oglądał mecz na żywo. Zobaczymy co następny rok przyniesie.